No właśnie… każdy pyta jak po świętach a ja nic nie napisałam. I co? I wejdę tu za rok aby sobie przypomnieć i się zdziwię. Jakoś tak nie pomyślałam o tym…

Na święta przyjechała do nas babcia, znaczy moja mama i z racji, że tu nie mamy żadnej rodziny (tu czyli w Poznaniu) obyło się bez rodzinnych spotkań. Pierwsze takie święta… i trochę żal mi braku tych odwiedzin.

A poza tym jak to w święta, było obżarstwo (na tyle na ile mogłam bo wciąż walczę z alergią pokarmową Niny, a ona nie mija… za niedługo przestanę w ogóle jeść). Co nie co przywiozła moja mama a resztą zajął się Le i to on rządził w kuchni. Ja tylko nieśmiało pomagałam ale przyznaję, że nie za wiele (Boże jak się mam dobrze!) 

W trakcie przygotowań do Wigilii Nina zasnęła, a w momencie łamania się opłatkiem – obudziła. Ma dziewczyna wyczucie! Tak więc kolację wigilijną spędziła z nami przy stole oczywiście u mamusi na kolanach:).

Były też spacery, pierwszy śnieg i karmienie kaczek. Tego śniegu to jak na lekarstwo ale akcent był i dobrze że chociaż tyle. I co tam jeszcze…? No tak były prezenty! Musiałam być grzeczna bo dostałam nowego Erica-Emmanuela Schmitt’a „Papugi z placu d’Arezzo” 🙂 Le też był grzeczny bo dostał nowa płytę Meli Koteluk „Migracje” i babcia była grzeczna bo też dostała książkę, a najgrzeczniejsza była Nina bo zgarnęła najwięcej 🙂 Oprócz ledowych kolorowych delfinów, które święcą po zetknięciu się z wodą, dostała też książki (cóż za intelektualna rodzina). Jedna z nich to taka na wyrost, ale że tytułowa bohaterka ma na imię Nina to trzeba było ją kupić, znaczy Mikołaj nie mógł się powstrzymać, a druga nie służy czytaniu ale Nina ją uwielbia. Wpatruje się w nią z zaciekawieniem, a to dlatego, że są w niej kolorowe wręcz jaskrawo – neonowe obrazki (takie specjalne dla maluchów od 3 do 6 miesięcy). Oprócz tego pod choinką czekały na Ninę zabawki, między innymi pies z szeleszczącymi uszami i ogonem za który można ciągnąć, a wtedy piesek wibruje (na ogon przyjdzie pora a uszy już przypadły Ninie do gustu). A także zestaw, który za pewne posłuży jej w niedalekiej przyszłości czyli miseczka na obiadki i śliniak do kompletu (już się nie mogę doczekać umazanej marchewką Niny).

Po świętach babcia wyjechała a my wróciliśmy do swoich obowiązków, czyli to ja przejęłam rolę noszenia Niny na rękach (oj szkoda, że babcia musiała wracać)

Kilka dni przerwy i Sylwester! Cóż to była za zabawa… Tak, tak były tańce przed TV. Bałam się jak to będzie z fajerwerkami czy Nina nie obudzi się wystraszona z płaczem. Na szczęście wybudziła się sama z siebie na karmienie, więc odliczanie do nowego roku spędziłyśmy przy piersi. Le do nas dołączył a kiedy za oknem było słychać petardy Nina oderwała się od jedzenia i zaczęła się rozglądać. Mieliśmy ubaw! Takiej zdziwionej miny Niny jeszcze nie widzieliśmy. Wzięłam ją na ręce i podeszliśmy w trójkę do okna tarasowego co by mieć lepszy widok. Nina chwilę porozglądała się na błyskające niebo, ziewnęła, przetarła oczy i poszła spać. No a my wróciliśmy do szampańskiej zabawy 🙂 
Przed 2:00 już nam się znudziło i postanowiliśmy pójść spać, za to Nina postanowiła się obudzić. I tak od 2:00 w nocy do 8:00 rano wstawałam do niej co godzinę! Czułam się jak pijana, szłam jak pijana (ze zmęczenia i braku snu oczywiście), więc wszystko się zgadzało jak na Sylwestra przystało. Nawet na drugi dzień pojawił się ból głowy i uczucie, które mogło by przypominać kaca. 

Nowy Rok minął nam w domowej atmosferze z Woody Allen’em i książką. Le swoją już kończy czytać, a ja ciągle jestem na pierwszej stronie… Sukcesem jest już i tak to, że był czas na to by wziąć ja do ręki.

I tak właśnie minęły nam święta i już jestem ciekawa tych za rok. Czym będą się różnić, jak będzie wyglądać Nina, czy zacznie wtedy przesypiać już dłużej niż 2 godziny?! Czy i tym razem zostaniemy w domu? A może ktoś nas zaprosi? (taka sugestia dla rodziny 😉 )

Written by
  • Chyba był u nas ten sam Mikołaj, bo też dostałam najnowszego Schmitta! 😉 Więcej książek dla Ninaska! 😉

    • No proszę! Chyba, że to był Scmitt a nie Mikołaj…