Poniedziałek był pełen wzruszeń… Najpierw rozmowa z mamą, potem post, który pisałam i nad którym ryczałam, a później Wasze komentarze… i znowu się poryczałam. Dziękuję za piękne słowa! W dodatku tego dnia Nina po raz pierwszy sama przewróciła się z pleców na brzuszek… wzruszenie sięgnęło zenitu!
Dziś muszę siebie i Was rozweselić bo w przeciwnym razie będę ryczeć do końca tygodnia.

Książkę, którą chcę Wam polecić otrzymałam od mojej bratowej. To jedna z fajniejszych książek jakie dostałam. O ile książek dostałam mnóstwo, to ta akurat była zupełnie inna od pozostałych, a mianowicie nie dość, że śmieszna (bo ja poważna jestem i poważne książki czytam ;), to w dodatku o dzieciach, a bardziej o posiadaniu dzieci (to znacząca różnica). Książkę napisał tata, a historia rozpoczyna się od tego: „Jak przygotować się na przyjęcie maluszka, czyli po diabła nam te wszystkie paskudztwa?”

W tym rozdziale pan Talko opisuje jak to od wyboru wózka i ubranek przechodzą do działu z poradnikami. To śmieszne bo pamiętam, że kiedy byłam w ciąży też wydawało mi się, że muszę przeczytać ich jak najwięcej… no i czytałam. Książki, czasopisma, broszurki, informacje w internecie. Byłam przekonana, że nie będę wiedziała co z czym i do czego. Autor jak to ojciec, trochę inaczej postrzegał zasadność kupowania poradników. Swoją drogą, poradniki poradnikami, ale nie miałyście wrażenia, że Wasze dziecko jest „jakieś inne” bo żaden poradnik nie pisał o tym, z czym przyszło Wam się zmagać?

„Ze zdziwieniem zauważyłem, że były ich dziesiątki. Rozumiem, że muszą istnieć takie o zakładaniu ogrodu. No bo skąd człowiek ma wiedzieć, jakie kwiatki kiedy zasiać? Ale dziecko? Dać mu jeść, dać pić, położyć spać. Gdzie tu problem?-myślałem w swojej naiwności. A tu dzieci wydawały się jakimś zupełnie innym rodzajem człowieka, do którego nie istniała znormalizowana instrukcja obsługi.”

„Snułem się przez strony zapełnione radami, jak sterylizować butelki (co najmniej dziesięć minut we wrzątku), jak założyć pieluchę (próbowałem na misiu – zrezygnowałem, bo misiowi spadała). Rozmyślałem nawet nad tym, czy nie kupić lalki płaczącej, kiedy nikt się nią nie zajmuje, ale zrezygnowałem. W końcu kiedyś miałem elektronicznego kurczaka, którego należało karmić, przewijać i zabawiać, żeby był szczęśliwy, i kiepsko się to dla niego skończyło. Trzy dni się nim bawiłem, a potem biedak zdechł, bo o nim zapomniałem.”

Dziś pewnie na myśl o poradnikach uśmiechniecie się tak jak ja. Mnie one na nic się zdały, wolę rady innych mam 🙂 Poza tym mało co pamiętam z tego co wyczytałam będąc jeszcze ciężarną mamą. Teraz kiedy już zmagam się z różnymi problemami, brakuje czasu na szukanie książek czy czasopism. 

A po okresie ciąży w którym czytamy masę poradników i wydaje nam się, że już wszystko wiemy przychodzi czas na pierwszy dzień w domu z maleństwem… Nie wiem jak Wy miałyście ale ja po kilku dniach spędzonych w szpitalu, w dniu kiedy przekroczyłam próg mieszkania czułam się jakbym wracała po latach… albo po wyprawie w góry, nie jakieś Tatry, ale Himalaje! Nie chodzi nawet o zmęczenie ile o ogromną tęsknotę za domem, a przede wszystkim za własnym łóżkiem! Pamiętam ten nasz pierwszy dzień… Postawiliśmy na podłodze fotelik z małym ludzikiem, usiedliśmy w fotelach na przeciwko „obcego”, spojrzeliśmy na siebie , na Ninę, znowu na siebie i zapytałam: „Co teraz?” Na co Le: „Nie mam pojęcia”.

Ja w szpitalu byłam tak zestresowana zmianą pierwszej pieluchy, że poprosiłam położną aby przyszła i czuwała nad tą niezwykle ważną operacją. Dziś z tego się śmieję bo przebrałam grubo ponad 1000 pieluch w ciągu ostatnich miesięcy, a i przed pojawieniem się Niny przecież zmieniałam pieluchy moim bratankom i bratanicy. A jednak ze swoim to zupełnie inaczej… uczucie jakby się tego nigdy nie robiło. Podobną bezradność na początku wykazywał  autor książki. A potem to już jakoś poszło…

„Człowiek może się przyzwyczaić podobno do wszystkiego. Więc kiedy w domu pojawił się Pitu (wtedy jeszcze nie mieliśmy pojęcia, jak się będzie nazywał), przyzwyczailiśmy się. Jakimś cudem zmieniałem pieluchę. Nie wiem, jakim cudem wciągałem nowe ubranko Kolejne tego dnia. (Czy mi się wydaje, czy w książkach nic nie pisali, że przeciętny Pitulek potrafi się obrzygać dziesięć razy dziennie? Bo tego, że w tym samym czasie dwadzieścia razy obrzyga rodziców – nie napisali na pewno). Wiem, ćwiczyłem ubieranie na misiu. Szło mi znakomicie. Dajcie mi misia. Każdego misia potrafiłem przebrać z zawiązanymi oczami w kilka sekund. Ale już pierwszy dzień z Pitu udowodnił, że nie ma on nic wspólnego z misiem. Po pierwsze misie nie kopią. Po drugie, nie wrzeszczą. Po trzecie, nie grozi im, że spadną z przewijarki, bo mało sprawny manualnie ojciec pozwoli im się wyślizgnąć. Po czwarte, nawet jak spadną, to leżą cicho. Po piąte, można je w trakcie przewijania zostawić i polecieć do telewizora, bo akurat pokazują najładniejsze bramki tygodnia, i wrócić po trzech minutach. Zakład , że miś będzie w tym samym miejscu? Co prawda mam usprawiedliwienie. Misia nie dało się naoliwić, więc trudniej mu było wymknąć się z rąk.”

Jak dobrze, że Le nie jest fanem piłki nożnej… Co nie znaczy, że nie nie mieliśmy przygód z Niną, o których jedno drugiemu nic nie powiedziało ze strachu 😉 Nawet dziś rano kiedy jeszcze odsypiałam przerywaną cogodzinnymi pobudkami noc, usłyszałam płacz Niny i głos Le „nic się nie stało Ninuś, nic się nie stało”. No i nie wiem co się stało bo usłyszałam to samo „nic się nie stało” . 😉 Dla pewności obejrzałam Ninę z góry na dół, wszerz i wzdłuż, ale śmiała się tylko, a ja nie zauważyłam żadnych śladów uszkodzenia. Mnie raz nie udało się w nocy trafić z nią do łóżeczka i odkładając ją, lekko główką stuknęłam o szczebelki… naprawdę lekko bo nawet się nie obudziła. To dlatego,że byłam nieprzytomna. A drugi raz jak była malutka robiłam jej zdjęcie telefonem… wypadł mi z ręki i spadł na nią. Boże jak się wystraszyłam! Więcej grzechów nie pamiętam!

A co kiedy maluch płacze? Teoria głosi, że albo głodne, albo pielucha mokra, albo trzeba zabawić, a być może nie daj Boże kolka… a co jeśli to nic z tych rzeczy, a nasze maleństwo nie ma zamiaru się uspokoić? Nie macie wrażenia , że Wasze dziecko nie czytało tych samych książek co Wy bo jakoś nie bardzo reaguje na nasze czynności? Na nic te wszystkie rady. Potrzeba czasu byśmy zrozumieli i nauczyli się własnego dziecka, a przede wszystkim nauczyli się siebie nawzajem.

Co do nieprzespanych nocy, to w tej kwestii zrozumienie czy nauczenie się siebie nawzajem nie pomaga… w zasadzie nic nie pomaga. Nina potrafiła kiedyś przesypiać po 3-4 godziny jednym ciągiem. Ba! Pamiętam czasy kiedy zasypiała o 19:00 i spała do 2 w nocy, 6 godzin snu! Potem już budziła się częściej. Jak ja tęsknię za tymi nocami… i pomyśleć, że narzekałam. Teraz budzi się co 1-2 godziny i cieszę się gdy po dostaniu cyca zasypia dalej, bo są noce kiedy cyc nie pomaga, nic nie pomaga. Dziś na przykład jak nigdy obudziła się wyspana o 5 rano. Cudownie! Zwłaszcza, że ja do 3 nie mogłam zasnąć…

„Czy to normalne, żeby trzymiesięczne dziecko zasypiało o dwudziestej pierwszej i budziło się o czwartej rano?- mruczałem do siebie kartkując podręcznik dla młodych rodziców. Właściwie było nawet gorzej. Wstawał o trzeciej czterdzieści osiem z regularnością szwajcarskiego zegarka. Nawet jednak szwajcarskie zegarki mają chwile słabości- choćby wtedy, gdy nie są nakręcone. Jeśli chodzi o Pitulka, to nakręcony bywał zawsze.”

Mięczak… musiałby wstawać co godzinę to ciekawe co wtedy napisałby w książce 😉 Co do regularności jak w zegarku to tak. Oj tak! Nina też nakręcona jest zawsze i potrafi budzić się z równością co do minuty. 

„- Co nowego? – zapytał nasz przyjaciel pewnego dnia, kiedy byliśmy jeszcze bardziej zieloni niż zwykle po nieprzespanej nocy. Wyjaśniłem ze zgrozą w oczach dziwne nawyki naszego dziecka. Przyjaciel pokiwał głową.
– No, no. To dopiero macie szczęście. Bo na przykład nasza Anulka to w ogóle nie spała w nocy. Budziła się co pół godziny, a ja przez pół roku wcale nie spałem. Ale z ciebie szczęściarz, że wysypiasz się do czwartej.
Kiedy go zapytałem, dlaczego nigdy mi o tym nie powiedział, tylko machnął ręką.
– Nigdy byś w to nie uwierzył. Trzeba przeżyć samemu.
Uznałem, że nie jest właściwą osobą, przed którą mógłbym wylać żale. Niestety, kiedy natknąłem się na sąsiadów, mających wyrośniętego trzylatka, i poskarżyłem się na Pitulka, również mnie zignorowali.
– Dzieci już takie są – powiedziała sąsiadka.- Przejdzie mu. Za pół roku albo za rok. Nasz Michałek, jak miał roczek, to budził się już nie o czwartej, ale o piątej trzydzieści.
Zdruzgotany wróciłem do domu. To nie mogła być prawda! Dlaczego nikt mnie nie ostrzegł? Czemu nie było o tym ani słowa w książkach, które czytałem? A może było, tylko małym druczkiem. Wszystkie najważniejsze informacje są zawsze drukowane małym druczkiem. Jakim cudem ludzkość nie wymarła, skoro tyle wysiłku trzeba włożyć w wychowanie jednego dziecka? A przecież są tacy, co mają dwójkę czy, uchowaj Boże, piątkę! Więc co? Nie śpią dziesięć lat z rzędu?”

Na pocieszenie tym „ciężarnym” powiem tyle, że no co… no nie śpi się, to jest fakt. Odczuwa się to jednak najmocniej w nocy a rano jak już człowiek się rozrusza to energia szybko wraca, siły się regenerują i jest pięknie 🙂 I można ładnie wyglądać, chce się coś robić, na przykład pisać bloga 🙂 Naprawdę polecam! Bo pięknych chwil jest znacznie więcej niż tych trudnych, a rodzic na widok uśmiechniętego dziecka zapomina się o tak błahych rzeczach jak nieprzespana noc.

Tak więc jeśli szukacie pomysłu na prezent dla kogoś, albo dla siebie samego, to polecam „Dziecko dla odważnych”. Tylko pamiętajcie, należy ją dać tylko i wyłącznie komuś kto już się spodziewa dziecka ( taka osoba nie ma już odwrotu) albo komuś kto już posiada dziecko (on w sumie też nie ma odwrotu, ale o ile tych pierwszych trochę nastraszycie, to Ci drudzy chętnie poczytają z uśmiechem na twarzy porównując z własnymi doświadczeniami), ale pamiętajcie nigdy niech ona nie będzie prezentem dla kogoś kto dopiero planuje zostać rodzicem. Książka może spowodować, że wycofa się z tego zamiaru 🙂

A co Wy na to aby zrobić z „Dziecka dla odważnych” cykliczny post? Co środę? Przeczytałam tą książkę w ciąży i dziś kiedy piszę tego posta śmieję się jakbym czytała po raz pierwszy, a to dlatego, że analizuję ją z naszymi przygodami. Chyba do niej wrócę za tydzień odkrywając inne wspólne przygody…
Życzę miłej lektury!

Written by
  • muszę zakupić, zachęciłaś mnie:) ze swojej strony polecam "W Paryżu dzieci nie grymaszą" – znam prawie na pamięć. Oprócz spania, udało mi się kilka rzeczy, co w niej napisała autorka, pewnie zupełnie przypadkowo, ale jednak. zwłaszcza metoda z jedzeniem.

    • O, dzięki chętnie poczytam. Już sam tytuł dobrze brzmi 🙂 Zwłaszcza interesuje mnie o tym spaniu ( bo jak wiesz mamy problemy z pobudkami ) i jedzeniu, no bo lada chwila będziemy podawać stałe produkty 🙂

  • P.s. Przepraszam czytelników za literówki! Już chyba wszystko poprawiłam. Wydawało mi się, że się wyspałam… w miarę… chyba jednak nie.

  • Uwielbiam felietony Leszka Talki i nawet nie wiedziałam że wydał taką książkę. Na pewno ją kupię, tylko jeszcze nie wiem kiedy będę ją czytać bo moje dziecko śpi 2 razy po 30 minut w dzień, a wieczorem ostatnio budzi się po 21 i idzie spać o północy 🙂 no cóż grunt to dobra organizacja 🙂

    • Tak Talko jest rewelacyjny 🙂 O! Witam w klubie mam posiadających "wyjątkowe dzieci" 😉 Moja córka też śpi w ciągu dnia po pół godziny, za to w nocy jest szaleństwo bo potrafi przespać aż 1-2 godziny, i potrafi też np. od 3 rano do 5 rano przez 2 godziny nie spać. Taka jest wyjątkowa 🙂

    • Może nasze wyjątkowe dzieci zaczną spać jak zaczną jeść kaszkę i inne dobroci 🙂 albo może przekroczenie pół roczku coś w tej kwestii zmieni 🙂 i tak najważniejsze dla mnie to fakt że Filip jest zdrowy i nie zaraziłam go katarem z którym walczę (czosnkiem i sokiem malinowym :)) od 4 dni – jestem przekonana że to właśnie cycuś daje mu tę odporność.

    • Nie chcę chwalić mojej córki (bo zazwyczaj na drugi dzień następuje pogorszenie), ale dzisiejsza noc była zdecydowanie lepsza 🙂 No i może dlatego, że właśnie od 2 dni podaję jej kleik ryżowy? A może dlatego, że kolejny skok rozwojowy się kończy? Albo powodem jest, że za chwilę pół roku skończy? Nieodgadnione te nasze dzieci 🙂

  • hmm…chyba wiem komu mogłabym tę książkę sprezentować 😉
    Odnośnie godzinnych pobudek nocnych…
    Mój Pierworodny był specjalistą w tej dziedzinie, zresztą pozostało mu nieco do tej pory 😉
    I przyznaje bez bicia, że byłam bliska poddania się i przejścia na mleko modyfiowane…
    byłam jak w transie…dosłownie…zakodowałam sobie, że muszę karmić cyckiem i koniec kropka…
    i nie wspominam tego czasu miło, choć samo karmienie piersią było dla mnie cudowne, no ale pobudka 6-7 razy w ciągu nocy przez ponad pół roku dała mi w kość 😉 a pierwsze trzy miesiące to już zupełny matrix 😉
    ALE…;)
    przyszło drugie dziecie na świat i…..przez pół roku nie poczułam, że jest 😉
    Pierwsze tygodnie od porodu to już w ogóle sielanka była. Przesypiał całe noce, musiałam na śpiocha i niemal na siłe mu cyca serwować, w dzień też anioł…do tego stopnia było spokojnie, że zaczęłam się niepokoić czy naprawdę jest z nim wszystko w porządku….Szokiem było to, że mam czas na wszystko, wręcz się nudziałam, wysypiałam się lepiej niż w ciąży, byłam wypoczęta i bez sińców pod oczami…a w pamięci miałam jeszcze pobudki Pierworodnego i stąd chyba wzięły się moje obawy czy aby wszystko jest ok…
    Okazało się, że trafił mi się tym razem mało wymagający egzemplarz 😉
    Czyli, równowaga w przyrodzie być musi 😉 całe szczęście 😉
    buziaki :*

    • Oooo! Nie pocieszyłaś mnie tym, że pierworodnemu za bardzo nie odmieniło się. Zwłaszcza, że drugiego nie planuję, więc rekompensaty nie będzie 😉

  • Zapisuje na listę,którą muszę przeczytać 🙂

    • Koniecznie! Warto 🙂