Pamiętacie jeszcze swoje torby do szpitala? Kiedy powinno się je spakować? Na miesiąc przed? Chyba tak… Ja swoją spakowałam znacznie wcześniej. W zasadzie to, że nie zaczęłam pakować się już na początku ciąży to cud! Ale już wtedy wiedziałam jaką torbę zabiorę. Bo ja jak to ja „idealna” i zawsze świetnie przygotowana, muszę mieć wszystko gotowe przed czasem.

W sumie to nie było tak, że wzięłam torbę postawiłam i spakowałam wszystko co uznałam za słuszne, a potem odstawiłam i tyle. Nie, nie… ja się pakowałam całą ciąże! Torba stała i owszem, ale co przechodziłam i na nią zerknęłam to musiałam wypakować, poukładać na nowo, dołożyć coś nowego, wyjąć coś …. i tak za każdym razem. Do szpitala to ja się szykowałam mniej więcej od połowy ciąży. Le tylko powtarzał „żebyś nie przyspieszyła tym pakowaniem”, ale nie przyspieszyłam. Ja się po prostu nie mogłam doczekać! To tak samo jak masz zabukowane wakacje na kilka miesięcy przed, jest zima, za oknem śnieg , albo leje od miesiąca a ty czekasz na +30, słońce i plażę… No nie da się wytrzymać! Obmyślasz co ubierzesz, jaki strój kąpielowy? Jak to jaki?! Trzeba kupić nowy! Ekscytacja i podniecenie! Ja tak się czułam na myśl o spotkaniu z Niną. Tej podróży nie mogłam doczekać się tak samo jak wyjazdu na wakacje.
Zanim zaczęłam pakować torbę, wybrałam się na zakupy. Uważałam, że to jaką będę miała koszulę jest naprawdę jakieś mega ważne ( ja chyba naprawdę myślałam, że jadę na wakacje i będę tam paradować wystrojona). Oczywiście koszuli na pierwszych zakupach nie kupiłam. To nie takie proste… A to kolor nie ładny, to wzorek nie fajny, za długa za krótka, paskudna! Le się załamał… czuł że jak nie kupimy koszuli to będzie dramat i gotowa jestem wybrać się na zakupy do stolicy, skoro w Poznaniu nie ma koszuli, która spełniałaby moje wymogi. Mało tego, że nie było jej w Poznaniu, ale nie było też w sklepach internetowych… Rozpacz! Nie jadę rodzić! Mniej więcej takim fochem kończą się każde moje zakupy, a wyobraźcie sobie foch kobiety w ciąży, co to nie może znaleźć koszuli do porodu. I jak ona biedna ma rodzić? Na szczęście udało się kupić w moim miasteczku rodzinnym. Mała mieścina ale za to jaki wybór! Oczywiście kiedy już jest wybór sprawa dla mnie nadal nie jest prosta jak już wiecie (tu zwracam się do tych co czytali choćby post „Dwa dni z życia wariata”). Kiedy nie potrafię się zdecydować na to co wybrać to robi to za mnie Le, albo po prostu kupuję obie rzeczy. Obie kupuję wtedy kiedy nie ufam wyborom Le i mam przeczucie, że robi to tylko po to aby wyjść ze sklepu jak najszybciej i nie przeciągać czasu. Tak też było z koszulami. Kupiłam dwie! Piękne! Jedna szara z różowymi lamówkami – gładka, a druga biała w szare serduszka z turkusowymi lamówkami. Jak się ma koszule to co następne jest potrzebne? No jasne -szlafrok! Oszczędzę Wam opisu zakupów związanych z tym elementem mojego stroju „pokazowego”. Na szczęście udało się kupić jeden bo w tym wypadku Le przekonał mnie swoimi argumentami i czułam, że jest w tym szczery. Śliczny granatowy szlafroczek odhaczony na liście niezbędnych rzeczy 🙂
Kiedy wróciłam do domu już spokojnie mogłam wziąć torbę i włożyć do niej zakupione rzeczy. Zanim to jednak zrobiłam musiałam jeszcze kilka razy przejść się przed Le jak po wybiegu, w obu koszulach w połączeniu z szlafrokiem i sprawdzić czy aby na pewno oba zestawy są dobre. Le potwierdził skinieniem głowy, więc zadowolona już chciałam się rozbierać kiedy spojrzałam w lustro i zrozumiałam, że przecież trzeba kupić jeszcze papcie i klapki pod prysznic! Le trzasną się w czoło i nic nie powiedział. Wtedy go nie rozumiałam… no przecież muszę mieć klapki pod prysznic i papcie! Le wiedział co go czeka… z moją stopą zakup jakichkolwiek butów to horror. Nie miałam wielkiego wyboru bo jak się ma rozmiar stopy 33 to się kupuje to co jest, a nie to co się podoba. Nie byłam zadowolona za bardzo ale czego można spodziewać się na dziale dziecięcym? Że znajdę klapki i papcie pod kolor koszuli do porodu? No nie … a ponieważ brzuch mi ciążył i przymierzanie dziesiątych papci i dwudziestych klapek samą  mnie już wkurzyło – poddałam się. Dobra bierzemy byle co – uznałam.
Wróciliśmy do domu i teraz już naprawdę mogłam zacząć się pakować. Moja torba była śliczna! Kolorowa! Bo od kiedy zaszłam w ciążę, a  po porodzie to się nasiliło , zrobiłam się bardzo kolorowa. Le cieszy się, że mieszkanie urządziliśmy wcześniej , zanim mi odbiło, bo w przeciwnym razie można by było dostać zawrotu głowy, a tak jest biało-szaro-beżowe. Turkusowe firanki zawisły po porodzie, musiałam mieć coś kolorowego, nie wytrzymałam. Teraz już wiecie skąd tyle kolorów na moim blogu 😉
A wracając do torby, to oprócz tego, że była kolorowa, była też duża! Mimo to nie pomieściła wszystkiego co uznałam za słuszne. 
W pierwszej kolejności do torby wpadły wspomniane już koszule, szlafrok , klapki, papcie, a następnie ręczniki, duży mały, dla mnie, dla Niny, no i kosmetyki… sporo kosmetyków. Następnie woda 3 litry, pieluchy jednorazowe (zapas na miesiąc), pieluchy tetrowe (sztuk kilka), body z krótkim rękawem dla Niny (sztuk kilka), pajace (również kilka sztuk no bo to trudno było się zdecydować które) w truskawki, w paski, w zwierzątka… czapeczki ( sztuk 3), skarpetki (sztuk 5), strój wyjściowy dla Niny (nie będę się już pogrążać i nie napiszę co to było), sweterek (2 sztuki) i dobrze, że wtedy nie miałam w domu jeszcze kombinezonu kupionego na zimę bo pewnie też bym go wzięła, tak na wszelki wypadek. Kto wie, może i śniegiem sypnie w sierpniu? 
Dorzuciłam do tego wszystkiego jeszcze chusteczki dla Niny (nawilżające) i strój wyjściowy dla siebie – długo go wybierałam więc wzięłam dwa (na pogodę i na niepogodę, taki co wejdę w niego w razie gdyby brzuch nie zniknął i taki w którym będę błyszczeć jak te wszystkie celebrytki z gazet co to wyglądają jak by nie rodziły)
Okazało się, że torba jest za mała choć do małych nie należy i już chciałam przepakować się w dużą walizkę na kółkach, ale Le mnie pohamował. Mówił, że nie będzie to dobrze wyglądać i, że zabierze mi w mniejszej torbie to co się nie zmieściło. Tak więc pakowałam się i przepakowywałam mniej więcej przez całą drugą połowę ciąży.
Mogłam napisać co powinno się zabrać do szpitala, ale to by było nudne. Napisałam co ja zabrałam – czyli to czego nie należy pakować 🙂 Oczywiście to też kwestia zasad jakie panują w każdym szpitalu, więc w różnych miejscach różne rzeczy mogą się przydać. Radzę jednak zachować umiar i rozsądek (na ile to możliwe w przypadku kobiety w ciąży)
Z tych wszystkich rzeczy najbardziej przydała mi się woda i chusteczki dla Niny… I to w zasadzie dwie rzeczy, które wystarczyło abym wzięła, plus wiadomo ręcznik i kosmetyki. I gdybym miała wymienić co należy zabrać to właśnie te rzeczy wymieniłabym jako pewniki.

A koszule? Błagam… nie założyłam żadnej z nich ani razu. Dostałam szpitalną w której wyglądałam jak „pożal się Boże” bo i tak też się czułam po porodzie – i była doskonała na ten stan! Codziennie dostawałam świeżą, często pocerowaną i połataną, płócienną koszulę, która jako mnie jedynej zamiast kończyć się w okolicach kolan kończyła się nad kostkami, z rozcięciem do pępka zamiast do piersi (przypominam, że mam 151 cm wzrostu więc wyobraźcie sobie mnie!) Cudowna! Ale nie chciałam innej. Papcie i klapki pasowały rewelacyjnie… Nina za to leżała w samej pieluszce (zapas pieluszek również oferował nam „hotel”, były na wyposażeniu) i w kaftaniku (również szpitalnym) bo było tak gorąco + 30 stopni, że nie musiała mieć nic więcej założone. 
Stroju wyjściowego też jej nie założyłam. Naprawdę takiemu maluchowi lepiej oszczędzić sukieneczek, koroneczek i falbaneczek. Ale wyobrażenia matki sprzed porodu są trochę inne z tymi po porodzie…

Co do koszul to nie żebym odradzała zakupu przyszłym mamom, przeciwnie takie koszule będą waszym strojem codziennym przez najbliższe dni, lub nawet tygodnie w domu. Wszystko zależy od figury, samopoczucia i czy dziecko współpracuje. Moje nie współpracowało w nocy (było przyssane do mnie praktycznie całą noc), a w dzień co zjadło to ulało (ulało to delikatnie mówiąc…), więc przebieranie się kilkadziesiąt razy dziennie nie miało sensu. W takiej ulanej koszuli chodzi się do końca dnia. Wieczorem zmienia się na świeżą, tamtą pierze i tak w kółko. A co do figury… no cóż. Jeśli z jakiegoś powodu nie zrobiłyście sobie sesji zdjęciowej w ciąży, a chciałyście to spokojnie. Nic straconego, śmiało można ją zrobić po porodzie.

Żeby Was rozśmieszyć na koniec podpowiem jeszcze jedno jeśli czyta to jakaś przyszła mama – nie zabierajcie z sobą do szpitala książki. Ja wzięłam w razie gdyby… w razie gdyby –  nie wiem co ja wtedy myślałam, że będzie mi się nudzić czy, że będę miała czas? O jednym i drugim radzę zapomnieć. Od momentu powrotu z tych „wakacji” zapomnicie co to nuda i wolny czas 🙂

Written by
  • u mnie zakupy ciążowe to była krótka piłka. byłam gotowa rodzić w czymkolwiek – nawet domowej koszulce z napisem "jestem dziewicą" 😉

    • Aaa aaa aaa! Ha ha! To najlepszy komentarz na Pudełku Mamy! Rozłożyłaś mnie na łopatki!

  • Moja torba szpitalna była spakowana dość szybko,choć nie ukrywam za koszulką do karmienia też przejrzałam prawie cały internet 🙂 Kupiłam oczywiście w małym sklepiku w mojej mieścinie 🙂
    Bardzo pomogła mi ściąga którą dostałam na szkole rodzenia plus porady przyjaciółki które rodziła w tym samym szpitalu. Dzięki temu miałam dokładnie tylko te rzeczy które potrzebowałam i prawie wszystkie wykorzystałam. Nie ruszyłam tylko laktatora bo w 3 dobie gdy dostałam pokarm przystawiałam synka i udało się uniknąć zastoju. Nie obyło się oczywiście bez nerwów bo o 3 w nocy nie miałam już kompletnie siły (byłam po cc) i odwiozłam malucha do pokoju noworodków żeby móc się choć 2 godzinki przespać. Serce mi krwawiło i zarzucałam sobie że jestem wyrodna matka ale nie miałam mocy żeby go uspokoić bo krzyczał co sił w płucach. Jak sobie przypomnę to uczucie kiedy ciągnęłam nogami z płaczącym synkiem po korytarzu żeby go odwieść – to aż mi się ryczęć chce. Hmm dylematy pierworódki, pierwsze karmienie, pierwszy nieokiełznany płacz niemowlęcia. Mam nadzieję że przy drugim będzie z górki :)))
    Ale to przecież nie na temat….. Tak mi się przypomniało….. I znowu się rozpisałam 🙂

    • Rodziłaś przez cc tak jak ja 🙂 Dlaczego mnie to nie dziwi? 😉
      O właśnie laktator też spakowałam i to może się przydać każdej mamie, choć mnie tak samo jak Tobie nie był potrzebny.
      Nina to była oaza spokoju, bardzo mnie oszczędzała po porodzie. Praktycznie nie płakała jedynie dawała znać o sobie gdy była głodna, ale po chwili już było dobrze i wspólnie ucinałyśmy sobie drzemki. Nie miej wyrzutów sumienia! Musiałaś przecież zregenerować siły. Początki są trudne dla każdej mamy, a czasem dla niektórych mam bywają baaaardzo trudne.