Ostatnie dni ciąży przeleżałam. Nie ruszyłam nawet najmniejszym palcem u nogi. Nawet oddychałam delikatniej. Ostatnie dni były baaaardzo trudne do zniesienia. Lipiec, upały, brak powietrza… Normalne to każda chciałaby w takiej sytuacji urodzić jak najszybciej, ale ja starałam się przedłużyć ten czas, stąd też lenistwo i nierobienie dosłownie niczego! Całymi dniami w pozycji horyzontalnej. Do południa w sypialnia, a po południu w salonie. Przemieszczałam się nie-zgodnie z ruchem słońca, czyli jak świeciło w salonie to szłam do sypialni i na odwrót. Pod pachę brałam tylko ukochaną poduszkę i wentylator przenośny. Rachunek za prąd w tym okresie był trochę większy, ale bez mojego przyjaciela dmuchawca nie dałabym rady.

Było mi o tyle trudniej, że mniej więcej od połowy ciąży dręczyły mnie skurcze przepowiadające. Tak więc początkowo gdy się pojawiły myślałam, że coś jest nie tak, a kiedy się nasiliły w późniejszym okresie pomyślałam, że to już! No, ale się okazało, że nie już. Pod koniec ciąży skurcze były tak mocne, że spać się nie dało. Nawet leżenie nie było miłe. Jak już się położyłam na prawym boku to tak zostałam póki Le nie przyszedł z pomocą i nie przewrócił wieloryba na drugą stronę. W nocy to się go jeszcze chwytałam jak był obok i po rozhuśtaniu swojego ciała, mniej więcej za dziesiątym razem czasem udawało się zmienić pozycję. Niestety często musiałam sobie darować „dobra na prawym boku też jest fajnie”, albo raczej „na lewym wcale nie będzie mi milej”.
Męczyłam się… Zastanawiacie się dlaczego przeciągałam ten stan? A no dlatego, że bardzo mi zależało na tym by mój lekarz był przy porodzie. Oczywiście ja jak to ja zawsze pod górkę…. termin wyznaczony przez pana doktora: 2 sierpień, a mój pan doktor na wakacjach! „Pani Aniu spokojnie, wracam 2 sierpnia wieczorem”. Aha… czyli do 2 sierpnia nic się wydarzyć nie może – spoko dam radę! Kto jak nie ja? Z przerażeniem patrzyłam na kalendarz i odliczałam dni do jego powrotu. Dwa tygodnie! I pomyśleć, że jeszcze niedawno problemem dla mnie była koszulka do porodu, bez której wydawało mi się, że rodzić nie pojadę.
Kiedy 2 sierpnia już nastał, odetchnęłam z ulgą „no to tylko do wieczora i luzik”. Na drugi dzień zadzwoniłam do mojego prowadzącego ciąże lekarza, aby zapytać uprzejmie jak mu minął urlop, no i „co dalej?” Oczywiście zaprosił mnie następnego dnia na wizytę. A na wizycie oświadczył:
Pani Aniu tu się nic nie dzieje. Jeszcze dwa tygodnie może pani tak chodzić.
A skurcze? – zapytałam
No też mogą tak długo niestety dokuczać, ale żeby Pani nie męczyć i mieć pod kontrolą zapraszam jutro na oddział, na godzinę 9:00 rano.
Trochę posmutniałam, bo miałam wyobrażenie tej chwili jak z filmu. Wody odchodzą, spanikowany mąż szuka spakowanej torby i nie może jej znaleźć pomimo, że przez ostatnie miesiące potykała się o nią niemalże codziennie. Kiedy już ją znajduje, chwyta w pośpiechu i pędzi do samochodu zapominając o żonie. Wraca i wspólnie idziemy do samochodu, okazuje się, że nie ma kluczyków… Wiecie, że coś się dzieje, jest przejęcie, panika, chaos… Chciałam tego. A tu co? Na spokojnie do szpitala? Buuu 🙁
Wróciliśmy do domu. Resztę dnia spędziłam przy torbie. Co chwilę sprawdzałam czy na pewno wszystko mam. Jak się już upewniłam to wchodziłam do pokoju Niny aby raz jeszcze dotknąć jej łóżeczka, przewijaka, kocyka i wyobrazić sobie jak to będzie za chwilę. Jaka ona będzie? Abstrakcja! Nie do wyobrażenia. Potem znowu wracałam do torby, a następnie do pokoju Niny i tak co chwilę. Nie mogłam znaleźć sobie innego miejsca.
Wieczorem Le powiedział „dość, odpręż się, obejrzymy film”. Zasiadł w fotelu otworzył sobie piwo i włączył telewizor. Pamiętam jak dziś, zaczynał się na TVP1 film o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim.
Chodź La! – zawoła Le
Ale mnie znowu zaczęły chwytać jakieś skurcze, na pewno przepowiadające, bo przecież przez następne dwa tygodnie nic się miało nie wydarzyć. Tym razem jakieś inne były te skurcze…
Wiesz co Le , ja się chyba nie skupię, jakoś tak dziwnie…
O tym, że porodu przegapić się nie da wyczytałam w książkach, poradnikach i czasopismach. Przekonywały, że tego momentu nie da się nie zauważyć. No to powiem Wam, że nie poznali mnie i nie wiedzą co piszą. Ja wierząc jednak w to co przeczytam uznałam, że to nie jest ta chwila. Bo przecież nie jest tak jak pisali. Na pamięć wyuczyłam się faz porodu, a pierwsza przecież to „rozpoczęcie akcji skurczowej” gdzie skurcze trwają 15 sekund z częstotliwością co 15-20 minut, potem skurcze trwają 30 sekund co 10-12 minut, a następnie 45 sekund co 4-5 minut. No a mnie przecież chwyciły dziwne skurcze, które powtarzały się co 3 -4 minuty i nie bolały jakoś bardzo. Poza tym… przecież w perspektywie były jeszcze dwa tygodnie, Le otworzył sobie piwo, a do szpitala jadę jutro. Spoko! To nie to. Naleję sobie wody do wanny odprężę się i mi przejdzie – pomyślałam. No nie wiem co miało mi przejść. Ciąża??
No to siedziałam w tej wannie ze stoperem w telefonie i odmierzałam czas. Nic się nie zmieniało. Skurcze trwały 40 sekund i pojawiały się z tą samą częstotliwością, czyli co 3-4 minuty. Le co chwilę tylko mnie pytał czy może pić piwo. Godzina 23 – dzwonię do lekarza.
Właśnie wjechałem do garażu Pani Aniu , ale już wyjeżdżam – usłyszałam w odpowiedzi.
Uspokajam go ( ja lekarza) i mówię, że to pewnie nic takiego ale, że wolałam się upewnić co on sądzi o tych skurczach.
Pani Aniu widzimy się za pół godziny na izbie przyjęć, zaczęło się.
Zaczęło się?! Nie, to niemożliwe… byłam zaskoczona tak bardzo jak  bym się dopiero miała dowiedzieć, że ciąża kończy się porodem.
No i było jak na filmie! Prawie 😉 Tylko, że to nie Le był tym nieogarniętym a ja. Zupełnie nie wiedziałam jak się pozbierać, a trzeba było jeszcze wydostać się z wanny. Wciągnięcie wieloryba do wody jest równie trudne jak wyciąganie go z wody – Le dał radę. Tylko, że mnie trzeba było jeszcze osuszyć i ubrać, założyć buty, zawiązać sznurówki… jednak z wielorybem łatwiej.
Opanowany Le zabrał torbę, jedną, drugą… bo w jedną oczywiście się nie udało spakować, a żeby nie jechać z walizką to wolałam mieć jeszcze mniejszą, podręczną. Nie zapomniał też ani o mnie, ani o kluczykach i jechał bardzo spokojnie. Było przed północą. Pamiętam zapach wilgotnego powietrza, padało wtedy i było bardzo ciepło. Na ulicach panował spokój. Całą drogę uśmiechaliśmy się do siebie na myśl o tym, że to „już”. Uczucie, że od teraz już nic nie będzie takie samo, że już zawsze będziemy w trójkę… Mnóstwo myśli w głowie przewijało się zanim dojechaliśmy do szpitala.
W szpitalu już szybko poszło. Pod opieką lekarza wiedziałam, że nic mi nie grozi, czułam się bezpiecznie. To duży komfort psychiczny na którym bardzo mi zależało. 5 sierpnia o 1:23 w nocy Nina pojawiła się na świecie 🙂 O 1:23 czyli prawidłowo na „raz , dwa i trzy” 😉
A sam poród to temat na inny post 😉

 

Written by Anna
  • Świetnie piszesz 🙂 Czekam więc na post o porodzie 🙂

    • Bardzo mi miło! Dziękuję 🙂

  • U nas za pierwszym razem było dziwnie. Poszłam na KTG i od obcego lekarza dowiedziałam się, że już dawno przy moje dolegliwości powinnam mieć dziecko poza brzuchem. Szybki telefon do lekarki i po weekendzie stawiłam się na oddziale, a we wtorek rano położyli mnie na stół. Za drugim razem było trochę jak na filmie. Chciałam obejrzeć serial, położyłam się z synem,a tu trach odeszły mi wody. Mąż 50km poza Poznaniem gnał na złamanie karku, ale zdążył na spokojnie bo synusiowi wcale aż tak się nie spieszyło. A i też nie wierzę w fazy porodu. Jak dostałam skurczy to zaraz co 3 min, a po godzinie przez kolejne były już co minutę.

    • No proszę jak rożne dwa porody miałaś. Ja to się właśnie tego bałam, że jak się zacznie to zostanę sama. Dopiero co się do Poznania przeprowadziłam, żadnej tu rodziny, żadnych znajomych, Le w tym czasie często na koncerty wyjeżdżał… No, ale się udało 🙂 I jesteś wyjątkiem z tymi wodami. W moim otoczeniu żadnej z mam nie odeszły, a też naczytałam się, że to pierwszy znak. Aha! Dupa 😉 Ci co to piszą mało wiedzą, bo to żadna norma.

    • No patrz, nie wiedziałam, że ty też jesteś z Poznania 🙂 Jaki ten internet mały 🙂

    • Tak świat jest mały, a internetowy jak się okazuje jeszcze mniejszy 🙂 Kto wie, może kiedyś uda się spotkać?

  • Uwielbiam doświadczenia innych mam. U mnie za pierwszym razem nic się nie działo mimo, iż robiłam kilometry, więc lekarz w odpowiednim terminie kazał mi się zgłosić na porodówkę. Tak uczyniłam. Był to pierwszy dzień gdy spadł śnieg i miałam wrażenie, że kierowcy nigdy wcześniej go nie widzieli, bo do szpitala jedziemy normalnie max. 40 minut, a wtedy droga zajęła nam 2,5 godziny. Dobrze, że nie rodziłam! Pierwszy dzień na głodnego, badania, badania, niosą obiad. Widzę go na moim stoliku, kieruję kroki do pokoju a ordynator krzyczy: "Niech pani nic nie je. Idzie pani rodzić.". Kroplówka z oksytocyną i 6 godzin w napięciu. Co się ruszyło? Nic. Ordynator pyta:
    – "Dlaczego pani nie chce urodzić",
    – "Ja chcę, to dziecko nie chce",
    – "Niech pani nie zgania na to niewiniątko. Takich ananasów jak pani mamy więcej". Oczywiście wszystko żartobliwym tonem.
    Następnego dnia znowu większa część czasu na głodnego, kroplówka – ledwie mi ją podłączyli pytam czy mogę dzwonić po męża. Położna pyta ile mam rozwarcia. Odpowiadam, że nic. "To niech pani nie dzwoni bo na pewno pani nie urodzi". Wieczorem decyzja, zakładamy cewnik foleya. Pełna nadziei bo współlokatorka w pokoju przez jedną noc po tym cewniku osiągnęła 6cm. Ani się z tym nie dało leżeć, ani siedzieć, ani spać, wszystko mnie bolało. Płakać mi się chciało. Jest… zasypiam. A tu co? Trzecia w nocy – biega mi facet pod drzwiami sali i słyszę "Urodziło się. 33 tydzień, 2100g, ma długie czarne włosy i długie paznokcie" i tak telefon za telefonem, to samo. Chciałabym się cieszyć jego szczęściem, ale jedyne co miałam ochotę zrobić to wyrwać mu ten telefon lub wywalić za oddział. Rano wizyta. Wow. Postęp 1cm. I znowu oksytocyna. Moje ktg pokazuje 99, myślę sobie, skoro to jest max to czemu te kobiety tak krzyczą skoro ja czuje delikatne parcie na pęcherz? Wieczorem lekarz mówi. Nic się nie dzieje, ale jutro już na pewno pani urodzi. To 42tydzień. Rano na porodówkę. Dzwonię po męża. Oksytocyna. Siedzi przy mnie, patrzy i mówi. To jest fałszywy alarm. Ty dzisiaj nie urodzisz. Co chwilę czułam parcie na pęcherz, aż w końcu mówię: "Idź powiedz, że mi wody odeszły",
    – "Ale jak?",
    – "Normalnie",
    – "Jesteś pewna",
    – "Tak, idź",
    – "Ale może to nie to?"
    Spojrzałam wzrokiem mordercy, poszedł. Momentalnie zaczęły się bóle, byłam pewna, że jest max na ktg, a mąż mówi, że 39 – szok, bo teraz bolało mocno. Kazali mi chodzić i nie zaciskać nóg przy skurczu tylko ruszać biodrami. Dla mnie niewykonalne. A mój powtarzał jak mantrę: "Nie zaciskaj nóg, ruszaj biodrami", po którymś razie zdenerwowana swoją niemocą odezwałam się brzydko więc stwierdził, że już nic nie mówi. Przyszła położna, zapytała czy chcę się położyć "TAK!!!!", dali mi dolargan i tyle pamiętam, że budziłam się gdy kazali mi przeć. Przytomność odzyskałam, gdy dotarło do mnie, że widać główkę. Jest: "ale duży!"
    – "Mamy syna?" (do końca nie wiedzieliśmy).
    Obrócili dziecko "Nie, to dziewczynka". Mówię do męża "Mamy córkę", a on stoi jak słup. "Słyszysz?". Nic. "Dobrze się czujesz?". Przemówił, że nigdy by się nie spodziewał, że mu łzy do oczu napłyną. Potem mnie uśpili i tyle wiem.

    • Z drugim dzieckiem było zupełnie inaczej. Końcówka 7 miesiąca, wizyta u lekarza: „Coś ty dziewczyno robiła?”
      – „Hm? Nic”
      – „Natychmiast do szpitala bo masz rozwarcie”
      Z rykiem do domu. Powiadomiłam męża i do szpitala. KTG co chwilę. Pytają ile tego rozwarcia.
      – yyy. Nie wiem
      – Jak pani nie wie
      – No nie wiem, z nerwów nie zapytałam.
      Zbadali mnie. 1cm. Dostałam sterydy na przyspieszenie rozwoju płuc i ordynator mówi, że jak coś się zacznie dziać to rodzimy. Drugi lekarz mówi, że spokojnie u wieloródek się tak zdarza. Po 4 dniach mnie wypisali. Ale byłam tak zmęczona tym leżeniem, że nawet mielone robiłam na raty bo dostawałam zadyszki (!). Poważnie. Musiałam siadać. Jakoś doczekałam. Minął termin. Byłam już doświadczona, wiedziałam czego się spodziewać… Taaa. Denerwowało wszystko. WSZYSTKO. Byłam jak kłębek nerwów, bez noża nie podchodź. Obudziłam się w nocy bo mnie brzuch bolał. Położyłam się i myślę, to na pewno nie poród, ale jakoś nie mogłam wyleżeć. Wstałam, chodziłam w koło stołu. Bolało mnie. Mój mąż wstawał do pracy. Szuka mnie (nie zaświecałam światła, a było ciemno). Pyta:
      – Co robisz?
      – Chodzę
      – Co?
      – Chodzę
      – Czemu.
      – Nie wiem. Nie mogę spać.
      – Rodzisz?
      – Chyba nie. Podobno to się czuje. To na pewno nie to.
      – Mam dzwonić do pracy że nie przyjadę?
      – Nie, spokojnie. Jedź, zadzwonię.
      Odpaliłam wujka google. Czytam forum o bólach. Stwierdzam, że to chyba jednak to. Ale mój mąż woził do pracy dwie osoby, więc kazałam mu podjechać, było za późno na inny transport. Czekam. 20 minut, 30, 40. Dzwonię. „Gdzie ty jesteś?”
      – „Jadę.”
      Przyjechał po godzinie bo musiał jakąś listę zrobić. Kazałam mu zjeść śniadanie. Zamknęłam się w łazience i modliłam, żeby już przestał jeść, ale się nie przyznawałam. Nawet bałam się patrzeć na zegarek bo skurcze były częste i regularne od początku. Wsiadamy do auta. Proszę go, żeby powiedział, która godzina. Za chwilę znowu. CO?! 4 minuty?! Znowu. To samo. Oczywiście chciałabym, żeby jechał 120km/h, ale spokojnym tonem starałam się go spowalniać i… jechał przepisowo. Wysiadamy. On już przy drzwiach szpitala, a ja w połowie drogi bo mnie skurcz złapał. Uf… Dotarliśmy na oddział. Siedzę w koszuli na korytarzu czekam na lekarza, którego położna wołała już 3x. Idzie inny lekarz, patrzy na mnie i pyta „A pani rodzi?”. Ledwie daję radę kiwać głową bo mam skurcz i wbijam ręce w krzesło a nogi w posadzkę… Przyszedł doktorek. 7cm. Wreszcie łóżko. Nagle huk. Mąż patrzy na mnie: „Wody?”. „Tak”. I się zaczęło. Dostałam tym razem gaz rozweselający. Wciągam i nic nie czuje, drugi raz, żadnej ulgi. Słyszę obok na sali dziewczyna praktycznie cały czas to wciąga. Ja stwierdziłam, że tylko mi to przeszkadza, nie na rękę mi. Chciałam się poprawić i w tym momencie mnie sparaliżowało. No, ok rodzę. Położna do mnie: "Pani rodzi w powietrzu. Może pani usiąść?”
      – „Nie mogę”.
      – "A chociaż przesunie się pani w bok?"
      – "Tyle wystarczy?"
      Patrzę na męża na pół żywa z bólu, a on bladozielony jak nigdy. Pytam czy dobrze się czuje i martwię się o niego bardziej niż o cokolwiek innego zamiast się skupić. Mówi, że nie. Resztką sił proszę go żeby wyszedł i tak też czyni. Myślałam, że nie zdążył, ale okazało się, że doszedł do wind, poczuł podmuch świeżego powietrza, doszedł szybko do siebie i zdążył we właściwym momencie, ale nie pokazywał mi się na oczy. Tym razem był synek zgodnie z przewidywaniami i wszystko było ok, poza tym, że zabrali go na drugi oddział, a ja mogłam odwiedzić go dopiero po 6godzinach, bo wymagał podania antybiotyków…
      Ale się rozpisałam 🙂

    • W sumie to się rozpędziłam bo opisałam też porody, ale co tam ;p

    • Super, że się rozpędziłaś!!! Dzięki za opisanie Twoich historii! Powiem Ci, że niezły film można by było z tego zrobić. Moja opowieść to pikuś przy Twoich 😉 Ale przeszłaś! Szok! Skopiuj i wklej do siebie – masz niezły post 🙂
      Dzięki raz jeszcze, uwielbiam historie innych mam 🙂

    • W sumie to nie opisałam wszystkiego, naprawdę 🙂 Dla humoru dodam jeszcze fakt, że podczas drugiego porodu byłam tak głodna, że mówię do mojego:
      – mam twixa, wyciągnij z torby, zjemy.
      – Ale nie powinnaś. A jak będziesz miała cesarkę?
      – Daj, podzielę się z Tobą. Myślisz, że jak kobieta zaczyna rodzić w środku dnia i się okazuje, że musi mieć cesarkę to ją pytają czy ma pusty żołądek? Męczę się i jestem głodna, daj szybko.
      Potem się śmiałam, że po twixie dostałam takiej mocy, że mały raz dwa się urodził.

    • Aaaaaaaa! Powaliłaś mnie tym Twixem!!!!! Niesamowita jesteś! 😀 Rada dla każdej przyszłej mamy: Co spakować do torby szpitalnej? Odpowiedź: Twixa! 😀

    • Już jestem taka nie do końca reformowalna 🙂 i trochę szalona 🙂

    • Fajnie, że taka jesteś! 🙂

    • Za dużo narzekamy, takim juz jesteśmy narodem, a dzięki akcjom jak te powyżej zawsze będzie co wspominać :). Każdorazowo się z tego śmiejemy 🙂

    • Dobrze mówisz! 🙂

  • moj poród ze względu na hipotrofię i małowodzie był wywoływany. od dawna mialam 3 cm rozwarcia. w dzien wywolania porodu lekarz zrobił masaz szyjki macicy. zaczely sie skurcze co 15 minut. bolesne dokladnie jak miesiaczka. okkoło poludnia skurcze juz były tak co 5 minut. jeszcze sie dało je wytrzymac. ale gdy o 18 przebito mi pęcherz i dali oksytocynę zaczela sie masakra. skurcze co 1,5 min po ok 50 sekund. myslalam ze nie dam rady. trzy godziny takich skurczy, zrobiło sie rozwarcie na 8 cm, 3 parcia, 20 minut i nasza mała calineczka była na świecie. mysle ze jak na pierwszy porod poszlo szybko 🙂

    • Wow! Wy to jesteście dziewczyny bohaterki! Ja wymiękam przy Was. Gratuluję calineczki 🙂 Malutka była?

  • Zaczytałam się 🙂 Tak to fajnie Aniu opisujesz, że prawie Was widziałam oczami wyobraźni 🙂 Piękne chwile to dla Was musiały być! I jaki lekarz świetny, że na telefon wróci na dyżur… Rzadko spotykane. Ja również czekam na wpis o porodzie, bo szybciutko widzę Ci poszło 🙂 Pozdrawiam, Agata.

    • Dzięki Agata! 🙂 Lekarz super! To on pomógł mi szybko zdiagnozować problem i dzięki niemu zaszłam w ciąże. Gdy pierwszą straciłam też był przy mnie i odwiedził w szpitalu. Przyjechał wcześniej na dyżur aby się ze mną zobaczyć. Gdyby nie on, nie miałabym Niny 🙂

  • Końcówka ciąży była już uciążliwa, te upały lipcowe, ale i tak wspominam ten czas wspaniale 🙂 Też miałam pójść na następny dzień do szpitala ale córcia po "nacisla windę" ze chce sama wychodzić 🙂

    • *po północy 😉

    • Lipiec ubiegłego roku? Bo ja też wtedy się męczyłam 🙂 Czyli Twoja córeczka tak samo jak moja – sama zadecydowała kiedy się urodzi, a nie żeby jej termin wyznaczali 😉

    • Tak, ubiegły rok 🙂

      Mami08; )

    • O jak miło! To mamy córeczki z tego samego okresu. Odwiedzaj mnie bo ja czasem potrzebuje pomocy i porady to wiesz w razie czego dasz znać jak u Was sytuacja wygląda 😉

  • My dużo czasu leżeliśmy w szpitalu, w domu nie mogłam nic robić. Ciąża od początku zagrożona i podtrzymywana do końca. Następstwo tego to hipotrofia. Poród wspominam dobrze. Był ze mną Mąż, który był moją ostoją.

    http://www.zaraz-wracam.pl

    • Oj to nieciekawie miałaś podczas ciąży. Współczuję bo nie wyobrażam sobie jakie to musi być trudne. Ja do końca niemalże byłam aktywna.

  • Ależ u Ciebie piękne wspomnienia…. można czytać i czytać. Wiem już, że ten blog będzie cudownym pamiętnikiem, zapiskiem tych dni, które warte są zapamiętania a ten czas, tuż przed porodem to okres który (teraz) z przyjemnością się wspomina 😉

    • Dziękuję 🙂 Oby to miejsce przetrwało! Byłoby cudownie móc wrócić tu za kilka lat i przeczytać to z perspektywy czasu 🙂

    • Chyba to było to pierwotne założenie, prawda? 🙂

  • Będzie kiedyś na pewno wpis, ale tak w skrócie to po intensywnym dniu położyłam się szybciej spać. Mąż dołączył później i standardowo przyłożył dłoń do brzucha. Stwierdził coś w stylu "Ale się wypięła!" a ja na to pół śpiąca, że może to twardnienie brzucha, bo jest trochę inaczej (do tej pory nie miałam żadnych przepowiadaczy czy odczuwalnych twardnień brzucha). I poszłam spać dalej. W nocy po którejś z wycieczek do toalety stwierdziłam, że coś tak trochę ściska mi brzuch, ale nie było to bolesne. No to idę spać, przecież jest 4:30! Ale mimo, że nie było bolesne to nie pozwalało zasnąć, bo jakoś często się to zdarzało. Może skurcze? No dobra skoro nie śpię to sprawdzę co ile są. Równe 10 minut. I tak przez 2h próbowałam sobie jeszcze kimać ze skurczami co 10 minut. Około 7 stwierdziłam, że może to to, więc lepiej się pójdę wykąpać. Wciąż to była tylko jakaś niedogodność nie ból. Zgodnie z zaleceniem mojej szkoły rodzenia wzięłam dłuuugi prysznic, który miał sprawić, że albo przejdzie albo się nasili. Po prawie godzinie pod prysznicem nie przeszło – zaczęło nawet trochę boleć. Obudziłam męża i stwierdziłam, że nie wiem czy to to, ale że to możliwe, bo są regularne i już co 5-7 minut i że czuję je od 4:30. Szpital mam niemal pod domem. Więc nie martwiłam się, że urodzę w drodze. Chciałam jak najdłużej pozostać w domu. Więc ustaliłam, że jak dalej będzie się nasilać to o 10 wyjeżdżamy. Mąż się na spokojnie wykąpał, zjedliśmy lekkie śniadanie. Torby (dwie małe!) miałam już od jakiegoś czasu spakowane, ale poprzypominałam sobie co w której gdzie jest. Bóle się nasilały i choć miałam przeczucie, że to już to – wciąż się wahałam, bo przecież miało tak strasznie boleć a tu już skurcze co 3-4 minuty no i boli, ale nie jest to najgorszy ból jakiego doświadczyłam (taaa kwestia czasu…). Przeczekałam jeszcze do ok. 10:30 i pojechaliśmy, bo skurcze już co 2-3 minuty. Oczywiście wtedy się skurcze trochę uspokoiły i były rzadziej. Trochę formalności na Izbie Przyjęć i ok 11 trafiłam na porodówkę. O 15:20 tuliłam już Liwię 🙂 /Justyna.

    • To ja chyba miałam te skurcze bardzo podobne do Twoich, tylko z większą częstotliwością bo od razu co 3-4 minuty. Też mnie nie bolały, dlatego to mnie zmyliło i cały czas myślałam, że to nie to 🙂 Nie chciałam wyjść na przewrażliwioną i panikującą bez powodu 😉

  • Hehe… Niedawno pisałam o swoim drugim porodzie… O 18 wychodzimy ze szpitala po ktg na którym nic się nie działo, a od 21:30 skurcze porodowe 🙂

    • O! To muszę wpaść do Ciebie i poczytać 🙂

  • Świetny post, ja jeszcze o swoim porodzie nie pisałam, ale przymierzam się do tego w najbliższej przyszłości:)

    • Dzięki 🙂 No to czekam i daj znać, żebym nie przeoczyła 🙂

  • Haha, cudne okołporodowe historie się tu pojawiły:) Jak znajdę chwilę może i opiszę swoją 🙂 I ja też się bardzo obawiałam, że poród można przeoczyć 😀

    • A już myślałam, że jestem jedyna która bała się przegapienia tego momentu 😉 Koniecznie opisz swoją historię, będzie dla potomnych 🙂

  • Wow, ale się tu dużo dzieje…. rozkręcasz się moja droga, a właściwie rozkręcają się Twoje czytelniczki. Super 🙂 oczywiście czytało się to rewelacyjnie, pozdrowionka

    • Prawda? Jestem prze szczęśliwa! 🙂 Ale wiesz, Ty zajmujesz szczególne miejsce w moim sercu, bo jesteś najpierwsiejsza 😉

    • dzisiaj mam super dzionek i jeszcze takie czułe słowa od Ciebie, dziękuję :*** ach chce się żyć !!! 🙂 buziak dla Was drogie kobietki

    • Haha to my dziękujemy za to, że cały czas jesteś z nami 🙂 Miłego dnia! Buziaki :*

  • Świetny post, masz piękne wspomnienie tego czasu 🙂
    I wiesz co, mamy dzieci z tego samego dnia, bo moja córcia też urodziła się 5 sierpnia (wieczorem)! 🙂

    U mnie było spokojniej troszkę. Moja Pani Doktor kazała mi przyjść na jej dyżur by sprawdzić sytuację, a tam okazało się, że ja już za połową. Rozwarcie na 6 cm! Nie mogłam uwierzyć, bo miałam tylko bóle krzyżowe 😉 a jeszcze rano tego dnia byłam z moimi chłopcami na spacerze…
    Pozdrawiam:
    http://www.rodzinka2plus2.blogspot.com

    • Dzięki! 🙂 Naprawdę? Super! Jest tu już kilka mam, którym dzieci urodziły się 5 sierpnia i nawet jedna mama, która sama ma urodziny tego dnia 🙂 To jakaś magiczna data jest 🙂
      Takie historie dowodzą tego jak bardzo te wszystkie poradniki mylą się. Przyszła mam zaczytuje się i wypatruje oznak porodu a tu niespodzianka 🙂

    • O tak…to jest magiczny-szczęśliwy dzień 😉

    • Kolejnego 5 sierpnia spotykamy się pod postem i świętujemy 😉

    • Oczywiście, szczególnie że będą to pierwsze urodzinki naszych pociech 😉
      Pozdrawiam!

    • No właśnie! Koniecznie musimy to utrwalić na blogach i odwiedzić siebie nawzajem 🙂

  • ale super, ja jestem ciekawa jak u mnie bedzie hihi 😉

    • Będzie cudnie! Trzymam kciuki i czekam na wiadomość. Będę śledzić bloga z niecierpliwością 🙂

  • Anonimowy

    Ja tez chciałam abyśmy pędzli razem zestresowani, ale szczęśliwi, że już się zaczęło. Niestety oba porody poprzedzone były pobytami w szpitalu. Mąż był zadowolony, bo wiedział że ja na pewno zdążę ☺
    Przy pierwszym porodzie odeszły mi wody (tzn coś mi strzeliło w brzuchu I poczułam że coś mi się sączy po nogach ) Położne przewiozly mnie na porodowke. Zadzwoniłam po męża a on przywiózł mi moją mamę żeby ze mną rodziła. Po 9h Julka była z nami.
    Drugi poród zaczął się od skurczy oczywiście pomyślałam, że to nie te bo przecież ja juz wiem jak to jest rodzic. Spacerowalam w nocy po korytarzu czekając aż minie. Położne mówiły ,że to nie to jeszcze są zbyt rzadko. Jednak zdecydowały ze przekazują mnie na porodowke. Skurcze tak się nasiliły, że musiałam robić przerwy żeby dojść. Okazało się ze rozwarcie juz na 7. Po męża nie zdążyłam zadzwonić. Obudziłam go najwspanialszą informacja, że urodziłam mu syna.

    • Anonimowy

      To tak w wielkim skrócie. Ewelina

    • Piękne wspomnienia! I znowu dwa jak różne porody 🙂 Dziękuję, że podzieliłaś się swoją historią :* Jak cudownie jest czytać o Waszych przeżyciach i tych trudnych, często bardzo ciężkich ale i pięknych chwilach 🙂

  • Miałaś trochę tak jak ja. 😉
    Termin miałam wyznaczony na 6 grudnia a później na 12. Wszystko wskazywało pod koniec ciąży, że porób będzie sporo przed czasem. Koniec końców trafiłam do szpitala tydzień po planowanym terminie porodu. Na spokojnie, bez skurczy, jedynie zniecierpliwiona oczekiwaniem. Też się naczytałam o objawach porodu, o odchodzących wodach, liczeniu skurczy itp. To wszystko mnie ominęło. Poród był wywoływany, ale jak już się zaczęło to wszystko przebiegało ekspresowo. 🙂

    • Dochodzę do wniosku, że większość porodów nie miała nic wspólnego z tym co można przeczytać 😉 Super, że pomimo wywoływania porodu szybko poszło i nie musiałaś męczyć się kilkanaście godzin 🙂

  • Ja też miałam wesoły poród 🙂 Pokechałam na KTG i już zostałam, bez toreb, bez męża (dobrze, że zdążył przyjechać z Krakowa)! A przeboje mieliśmy już kilka dni wcześniej, ale za dużo by o tym pisać 😉

    • O matko! Naprawdę? Haha to faktycznie wesoło. Napisz o tym na blogu – koniecznie! Wpadnę przeczytać bo aż jestem ciekawa 🙂

  • U mnie poród był wywołany, więc nie było tej filmowej akcji, o której wspomniałaś. Pojechaliśmy na spokojnie i na spokojnie urodziłam 🙂 Ale też było naprawdę spoko 🙂

    • Wiesz może to i lepiej. Nie wszystkie filmy mają dobre scenariusze 😉 Poród na spokojnie – marzenie każdej mamy!